Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2014

/

jak już pisałem wcześniej - wejście w nowy rok raczej dobre.

z 3 nocy - tylko jedna spędzona u siebie

sam sylwester dziwny na maxa.
przyszedłem późno, robiłem za holownik pewnego pałasza, później mołotow. dziwy nad dziwami.

02.01 - noworoczna flaszka na nowym dworze. razy sześć. good times.
w sobotę rano pożegnanie z. a w święta też się działo. (wigilia i bn na bajana).
jeśli będę tak dalej tankował to...




dla tego dzisiejszy wieczór spędzam przy czymś lżejszym :)

różowi się niczym panna na wydaniu a i w świeżości i delikatności jej nie ustępuje. lekko upaja lecz przy tym subtelnie orzeźwia, jako pannie cnotliwej przystoi. czaruje i wodzi by każdym łykiem z nienasycenia rubaszyć.


----------------------------------------------------
generalnie - dużo chęci.
dużo tzn. 'plan wykonalny'. nie mam ochoty się przemęczać w tym roku, a już na pewno nie przed marcem/kwietniem. takie utrzymywanie stanu spokojnego szczęścia niezależnie od zewnętrznych warunków.
wikipedia, taka mądra. wow.

wtorek, 10 grudnia 2013

10

internet jest. hura! byłby dużo wcześniej gdybym nie posłuchał.
bitches be bitchin'

tegoroczna jesień jest dla mnie gorąca i rekordowa.
samą końcówką października paradowałem po północy w samej bluzie, w grudniu natomiast zdarzało mi się spać przy otwartym oknie. 
nigdy, podkreślam nigdy, nie było jeszcze tak ciepło.

a poza tym, i czarnym piątkiem jakoś leci (swoją drogą chyba najgorsze mikołajki ever).
na koncertach byłem dwóch XD
cała góra barwinków i fair weather friends. i na jesień chyba będzie musiało wystarczyć. kabona sama przeobrażała się w alkohol, szkoda tylko że po dosyć niekorzystnych stawkach.

dużo smsów do odpisania. jak żyć?


niedziela, 8 grudnia 2013

piąteczek

posypało się w piąteczek troszeczkę, oj.
ojojoj.


pytanie z dupy, odpowiedź, zatrybienie, wyjście z domu, otworzenie butelki, przejście do sklepu, skończenie butelki, kupienie kolejnych dwóch, bum, ...

w sobotę 2 butelki w pracy, więcej po pracy.

niedziela jest dziś. praca do 18. za chwilę na szybki browar. smak mnie już trochę męczy, więc pewnie tequila.

zapomnieć, zapomnieć jak najszybciej i nie rozgrzebywać.
w biurze jeszcze spoko, gorzej w domu, gdzie aktualnie nie mam neta żeby zabić czymś czas i myśli.



czwartek, 24 października 2013

asertywność - poziom 0.

ciężkie jest życie rapera.
jakie życie, taki rap.

jaki rap, taki schab.


poniedziałek, 17 grudnia 2012

coma, eter

popłynąłem. mocno.
pogo, ściany, headbanging like a motherfucker.
darcie mordy, skakanie, klaskanie.
skupienie, emocje, dreszcze, niekontrolowane tiki.

----------------------------------------------------------

i niby wszystko jest
tak jak powinno być,
za chwilę zbudzi mnie
szary świt,
tylko, dlaczego ja
z takim nieludzkim strachem
nie potrafię.

trudno to zrozumieć, lecz nic
nie daje siły by żyć,
jakaś misterna część
w konstrukcji zdarzeń
pękła.

chciałem zreperować świat,
a oto widzę, że sam
jestem jednym z tych
cholernych drani i świń.

szeroka droga
nie była moja.
jasna siła
utracona.

dopiero teraz wiem jak nisko upada
kto nie wypełnił swego czasu w pokorze.
oto, dlaczego tak się obawiam,
że za minutę trzeba
będzie wstawać i żyć.

zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków,
niepożądane myśli, klęska wiary, fale strachu,
z nieodwracalnym skutkiem burzą trwały senny azyl
i oto trzeba będzie dumnym krokiem iść bez twarzy...
w kolejny dzień.







prorocy porzygali się i śpią,
poeci umierają w grobach strof.

 ...
ginie nadzieja i moc,
rośnie apetyt na zło.
zwyciężą ci, co nienawiścią silni
szydzą z innych.
nad miastem wyrósł jak krzyk
i zamknął drogę do gwiazd,
ogromny wstyd i strach przed ciszą.
eteryczną.
...
mimo że zgubiłem się,
mimo że zabrnąłem w mrok,
wymieszałem z błotem krew,
ocaleję mimo to.


----------------------------------------------------------

znowu chcę więcej.

środa, 31 października 2012

spooky 2012

niektórzy mówią że to dziecinne, większość że bezsensowne i ściągnięte z ameryki.
nie mówię nie.
ale ja lubię ten dzień, uwielbiam wieczór. można się bać z milionami innych osób, jest okazja do nawalenia się, ludzie chcą oglądać straszne filmy - do wyboru, do koloru.

ja sam planuję na wieczór alkohol + 'american horror story' (drugi odcinek drugiego sezonu, pierwszy był bardzo ciekawy) + film 'red lights'. chętnie zobaczyłbym też 'v/h/s' lub prometeusza/spider mana/dyktatora. zobaczę jak potoczy się wieczór i czy w ogóle spędzę go u siebie.

strasznego dnia życzę.

środa, 3 października 2012

deftones

czuję jak wlewa mi się do uszu, wypełnia całe ciało.
mózg jest już już zainfekowany.
zamykam oczy, pojawiają się niesamowite i niewyobrażalne wizje.
brak słów by je opisać, przelać 'na papier''.

piątek, 7 września 2012

change

witam ponownie :)

z kariery statysty niestety nic nie wyszło - plan wywołania zdjęcia poniżej 50 gr się nie udał. przynajmniej byłem w domu, gdy dzwonili do mnie hr'owcy. i oby dzwonili kolejni!

pierwsze 3h pisania magisterki za mną - kończę jeden podrozdział i na liczniku 10 stron. aktualnie przerwa na relax, pompki, muzykę, sklep i obiad. może skończę dziś ten podrozdział. a wieczorem piwko ze 'swojakami'

a na mieszkaniu wielka akcja: rozmrażamy zamrażarkę! lubię takie dni - nikt się nie przyznaje do zamrożonego jedzenia, więc ja mam żarcie na 3 dni :D

strasznie wkręciła mi się hipertrofia comy. aż sam się temu dziwię, bo przecież kiedyś wydawali mi się kupą. zmieniam także zdanie na temat wkurzającego adasia. pisałem o nim jak jeszcze mieszkał w pokoju obok. wrócił z erasmusa, przeprowadził się do domku obok i zaczynam go tolerować, a nawet lubić. generalnie jest ogarnięty, nie mam już z nim kontaktu 18h na dobę i znaleźliśmy tematy do rozmowy. a po alkoholu to już prawie bff, hhahahah. fajnie, nie lubię nie lubić ludzi.

a w kwestiach zmian bardziej przyziemnych - zaczęła mi smakować cebula :D

środa, 15 sierpnia 2012

happy birthday to me

zacznę od tego, że stuknął mi kolejny roczek. 24 jeśli dobrze liczę.
dalej mam kiełbie we łbie, milion pomysłów na sekundę na zmianę z pustką w głowie. problemy są - nowe i stare, ale one zawsze będą. i ma je każdy. przecież "jakim samochodem dziś się polansuję po mieście" to też problem.
mimo wszystko jestem zadowolony. znam fajnych ludzi, staram się robić to co lubię. to dużo.

dzień minął spokojnie. przyznam, że początkowo dość smutno. ktoś kto jest na miejscu składa mi życzenia na fejsbuczku. no bitch please & fuck off.
ale stwierdziłem, że się nie dam i że dzień będzie dobry. a jaki jest najlepszy sposób żeby ujarzmić faceta? dożołądkowo i smacznie, do tego za darmo. więc do dominium na darmową, urodzinową minipizzę. dla mnie wcale taka mini nie była, w sam raz na obiad :)
prawie dwie godziny szwendałem się po rynku. były bańki mydlane. dużo. wygrzałem się w słońcu, zrobiłem parę zdjęć.
w biedronce zaczepiła mnie jakaś dziewczyna. spokojnie, spokojnie - była wstawiona :D wszak trzeźwe na mnie nie lecą! :) stojący z nią chłopak chciał porwać kasjerkę na melanż. pocieszni na prawdę, uzupełniali stan alkoholu.
spotkałem ich w drodze do domu - grali i tańczyli, lub po prostu bawili się muzyką. coś tam dostali ode mnie. "ej, to ty, ten ze sklepu! dzięki!"

a później przyjechał prezent (w zasadzie pięć + bonusy). mhm.
krasnale też się wygrzały

wtorek, 14 sierpnia 2012

amazing krakau

tak więc byłem. i bardzo się cieszę z tego wyjazdu.

do krakowa zajechałem oczywiście sauno-busem, w dodatku pod koniec drogi jakiś typ zamknął okno. pewnie było mu zimno.
tym razem okolice placu bohaterów getta. przyjemnie. w dodatku monopole i telepizza tuż obok :) no i blisko do centrum.

i zaczęły się przygody.
pierwszego dnia dostałem pierwsze w życiu oficjalne zaproszenie na wesele. "zapraszamy psychosociala z osobą towarzyszącą" - hah, pójdę choćby sam lub wezmę ze sobą gumową jolę albo kartonową beatę :D
później - jaka to laptopowo-pijano-melodia. zdania są podzielone, ale ja jestem pewien wygranej drużyny męskiej. no i spacer o 4 rano ulicą starowiślną (skrócony przez deszczyk). aha, bardzo delikatnie mówiąc - jebało wiatrem jak głupie.

dzień drugi. na początek wycieczka do... urzędu miejskiego. a w środku ciapaty ze wzrokiem "wpierdol za darmo". następnie posiłek i spacerkiem na kazimierz, gdzie spotkać się miałem z kolegą ze studiów.
i tak się stało. piwko w "wódce i zakąskach" (czy coś takiego) i decyzja - do sklepu i na wały. pięknie było. browary się skończyły, słońce się chowało - więc powrót. trochę już szumiało, ale trafiłem sam :)
w mieszkaniu chwila odpoczynku i na kopiec kraka. widok na kraków nocą - polecam. tam dobrze się już zaprawiłem (i chyba nie tylko ja) i mimo chłodu było miło.
odkrywam w sobie niesamowitą zdolność - gdy spadam z pochyłego wykonuję koziołki/ turlanie/ przewrót w przód i wstaję jakby nigdy nic - taka ciekawostka

dzień kolejny trochę zamulony, bo żołądek grymasił. pół mieszkania w pracy, więc wybrałem się z o. na spacer. wawel + rynek. lubię. posiedzieliśmy na dziedzińcu, zaglądnęliśmy do zimnego lecha i w drogę.
wieczorem do mleczarni na driny, potem spacerkiem na lodzika. na mieszkaniu miał być film, ale napisy nie działały, chęci zmalały i po 20 minutach wina truskawkowego zostałem sam. obejrzałem do końca, świetna muzyka i klimat.

w czwartek podróż do wrocławia.

podsumowując - pozytywny chill na maxa. będę bardzo miło wspominał. no i jeszcze te 2 prezenty urodzinowe oraz zdjęcia :) (np. to poniżej - kopiec kraka nocą)

sobota, 21 lipca 2012

smutki, smuteczki

dogoniły mnie moje problemy.
na początek paradoks: rozmowa na tematy dla mnie ważne nie wychodzi mi wcale. pomijam to, że druga strona nawet nie stara się jej podjać - bo skoro mi zależy, to powinienem zrobić to tak, żeby działało. jak zawsze. staram się, ale za każdym razem osiągam fiasko. żarty, zaczepki, na trzeźwo i nie - nic nie działa.
po raz kolejny zamykam to w sobie, umierając trochę od środka.
mówię sobie, że na obumarłym urośnie coś nowego, miejsce na jakąś przyszłość.

all these thoughts come too my head
people change, change because of who i am
if you don't, than you and i won't get along
but sometimes, i need somebody who can make me feel alright,
and shades me from the streetlights
i'm breaking up, i need someone who needs somebody now
a na deser: mieszkanie.
miałem szukać z g. mieszkania od października. no i właśnie się dowiedziałem, że on już znalazł. będzie mieszkał z kimś w dwójce, a w pokoju obok jego szef (swoją drogą - spoko koleś). gdzieś koło dworca. podwózka do i z pracy, fajnie, wygodnie i tanio.
aha. do swojej dwójki już kogoś ma.

na ratunek pozostają mi pewne półśrodki, o jednym już parę razy pisałem (w innym kontekście). otuż należy zalać to wszystko alkoholem, łzami i wodą.
współlokatorzy nie komentują już godzin o których biorę prysznic.
donkeyboy - sometimes

wtorek, 3 lipca 2012

party hard

na początek lipca - wspomnienie imprez których nie chciałbym zapomnieć.


#1
w jednej z notek wspomniałem, że ostatni wpis na uczelni (przekładany x razy) w środę. no i tym razem był. hura! godzinę później kilka osób z grupy kończyło pisać egzamin z matmy - u największego zjeba spośród prowadzących zajęcia na magisterce.
więc gdy skończyli, poszliśmy na piwo. przekręt. jedno, drugie, i tak dalej.

po symbolicznej wódeczce kilka osób musiało się ulotnić, ale waleczna czwórka postanowiła pokonać gastro w bravo. mieliśmy ochotę na więcej, więc mimo tego że po jedzeniu zostało nas już tylko 3, poszliśmy do biedrony po browara i w pełnym chilloucie wypiliśmy go sobie na schodach. no i dziwnym trafem, z bloku wyszedł znajomy. gadka szmatka, idziemy na browara.
znowu przekręt.
w połowie piwa przyjechał kolejny znajomy, a do stolika obok zasiadł znajomy z liceum. po kilku kolejnych piwach i godzinach stwierdziliśmy z n. że jednak spadamy. była północ, a po 10 godzinach można się zmęczyć. na dobranoc orlen i hotdog.
mhmm, you wish. raczej hotdog i duży desperados. i nocnym do g. pogoda była cudowna, prawie identyczna jak w warszawie rok wcześniej.
nie pamiętam o której wróciłem do domu :)


#2
miała być parapetówa (chłopaki z pokoju obok przenieśli się do stojącej obok chatki). w zasadzie impreza się odbyła, ale ja zmyłem się po pierwszym. nuda, nikt z moich nie mógł przyjechać (choć na ten przykład o 14 jeszcze zapewniał że będzie. chuj ci w twoją wielką dupę r.).
dzwonię więc do n. okazało się, że utknął na słodowej ze starym kumplem - to się pytam czy mogę wpaść. 5 minut później siedzę w tramwaju z 3 browarami.
dodam tylko, że kupiłem je za ostatnią kasę i z groźbą braku jedzenia przez 3 dni. who cares.
dotarłem na miejsce, a tu niespodzianka, bo n. siedział na małej wysepce obok słodowej, gdzie nie można wnosić swojego alkoholu.
taaaaaaaaaa
usiedliśmy sobie obok milfa, rozmawialiśmy i piliśmy. było coś koło 22:00, gorąco, odbicia świateł w rzece, itp. cud natury.
nagle przechodzi obok mnie koleżanka z grupy (chyba powinienem użyć "" przy niej) z kumplem i współlokatorką. znam ich wszystkich, wstałem, mówię cześć. "a cześć, cześć" i poszli. popatrzyłem na n. i mówię, że m. właśnie przeszła i nawet się nie zatrzymała, i że idę do niej.
no cześć m. co tam słychać? blablabla. a ona: blabla, z kim tu siedzisz? a z n. pijemy. serio? nie widziałam go. i długa.
z ich rozmowy dowiedziałem się jak to ona z r. (ponownie - chuj ci w dupę) się bawią, i jak dzwonili do n. żeby wpadł. a on na to, że był wtedy z nami nad rzeką. haha, jej mina.
skończył się mój szacunek dla niej, i dla r. rozumiem, że można kogoś nie lubić. ale żeby na uczelni było ok, a poza już nie (w kategorii kontaktów) - to dla mnie nowość. pogadała i poszła.

znajomy n. dostał smsa. jakaś dupa (daga?) miała po nas przyjechać i zawieść na powstańców. ok. po drodze zajrzeliśmy do 24godzinnego bo żubry.
w mieszkaniu było inaczej niż wszędzie (tak na +). ściany popisane/pomalowane markerami, bajzel itp. na dodatek blancior i balkon. rozmowy o dzieciństwie i muzyce. przy muzyce.
po trzeciej mieliśmy nocny, na przystanku chłopcy przestraszyli jakąś dziewczynę, rzucali się po krzakach. było zabawnie.
dotarliśmy z n. pod galerię. to co kończymy?
nie? setka? ok :D
tak więc znowu setka nad ranem, w dodatku na zewnątrz, pod parasolami. podwale (ulica :p) prawie bez ruchu, a na chodniku jak na otwarciu media martk. ciężko się było przebić.
żul dostał znalezione piwo, do mnie przyczepił się jakiś rycerz kultury i dobrego wychowania. n. mnie podpuścił i wyrzuciłem plastikowy kubek na pustą jezdnię. przestępstwo! :D pośmialiśmy trochę i pod złotą mewę na czisa. n. spłacił wszystkie swoje długi tego wieczora. idąc z kanapkami znowu natknęliśmy się na m.
nara
, nara, niech spierdala.
przeszliśmy się pod galerię i znowu czekamy na nocny. robiło się jasno.
na dobranoc, po wyjściu z autobusu, zrobiłem sobie jeszcze mini spacerek sąsiednią ulicą (było pięknie).
good times

środa, 27 czerwca 2012

drunk again

browary nad odrą wypite, o 20:00 ciąg dalszy.
jeśli chodzi o muzykę - ostatnio lubuję się w zespołach: sleep party people oraz starfucker. próbki do odsłuchania na psychomusic oraz na hypemachine.


kto lubi alkohol - nie ważne pod jaką postacią - ręce w górę!

ps. miło byłoby dostać raz na rok jakiś komentarz :)


//edit 28.06, 02:08:00
przyznaję, że wypite nad odrą w słońcu podziałały bardzo dobrze.
natomiast po wypiciu kolejnych 4 browarów (dawka domeczowa) i usłyszeniu ile wydaje się na dobre imprezy, ogarnął mnie smutek. nie stać mnie na wydanie 500 pln na jeden wieczór. a po tych 4, niezbyt wesoły i trzeźwy wróciłem sam do domu.

brand new. pierwszy raz od... nie pamiętam kiedy. mocne i powalające jak zawsze.
w tym momencie dużo dałbym za kilka kamikadze. albo parę kielonów czystej. ach.

wtorek, 19 czerwca 2012

what a day

18.06

nie ma to jak wyjść z domu przed 12 na po raz kolejny przekładane wpisy i wrócić wstawionym o 22.
ale po kolei.

misio przełożył wpisy po raz 3. powoli zaczyna przeginać, więc gdybym się przejmował, to zacząłbym się denerwować - w piątek o 11 powiedział że wpisy będą o 12. o 12 na drzwiach pojawiła się kartka, że jednak w poniedziałek o 12. w poniedziałek - że w środę. ale to nieistotne.
będąc na uczelni zaobserwować można było zwłoki - godzinę wcześniej jakiś student skoczył z 5 piętra naszego budynku. temat samobójstwa był podnoszony wiele razy tego dnia.

z uczelni pojechaliśmy we trójkę do carrefoura po browary i pod złotą mewę na śniadanie.

po owocnej konsumpcji na wyspie słodowej trochę się rozdzieliliśmy - r. poszedł na próbę przed występem na rynku/ uefa fanzone, a ja z n. poszliśmy to zobaczyć. a że grzało niesamowicie, stwierdziliśmy że jednak piwko.
zawitaliśmy więc do rejsu - wybraliśmy to miejsce z 2 powodów: browar za 5 i wspaniała lokalizacja - stoliki stały w urokliwej uliczce starego miasta (dosłownie 2minuty ślimaczym tempem od rynku).
zadzwonił do mnie r. że próba skończona, i że przyjdą. no to kolejne piwo. i tak do 18. zespół musiał wracać, nam włączyło się gastro, więc na obiad do złotej mewy (to smutne, że okoliczne "stołówki" akceptują tylko gotówkę).

najedzeni, przebiliśmy się przez tłumy ( :D ) pod barierki.
po koncercie całą gromadą udaliśmy się do 7 kotów. jako że głowa zaczęła dawać się we znaki i czułem się wysmażony przez słońce, wziąłem mojito arbuzowe. dla orzeźwienia.
podziałało :)

lekko chwiejnym krokiem dotarłem do domu. tu czekało na mnie leczo (własnego wyrobu), jeszcze jedno piwo oraz dwa finałowe odcinki the killing. końcówka zniszczyła mnie totalnie, do tego dwa razy - pijany psychosocial ma zapędy masochistyczne i zobaczył ją raz jeszcze.

obudziłem się o 4 nad ranym, otworzyłem okno na oścież. chłód z zewnątrz ogarnął całe moje ciało i w końcu zwalczył uczucie wysmażenia.

sobota, 16 czerwca 2012

sny

4 noce, 3 sny. jedna się bardzo upiła.

1. złota polska. jeździłem tramwajem po jakieś notatki. powstańców śląskich, sępolno, liście, drzewa, zdjęcia. podziemie jakiegoś wieżowca.

2. picie - zlot rodzinny we wrocławiu. park południowy, noc, światła, później mój pub.

3. leżę na łóżku. białe ściany, biała pościel. ktoś stara się stanąć na głowie, niewychodzi, ja się cieszę. to spojrzenie. próbuje znowu i znowu. jakby to było dla mnie. w końcu siada obok mnie. obejmuję.